Basel to miejsce niezwykłe. Dworzec na granicy niemiecko szwajcarskiej; lotnisko, którego budynki stoją po jednej stronie granicy a pasy startowe są już po drugiej. Najlepiej wyjechać na szczyt jednego z wieżowców i zobaczyć Szwajcarię, Niemcy i Francję na raz. Basel to miasto targowe, niemal 166 tys. mieszkańców żyje albo z branży chemicznej albo z targów Messe Basel. Największe to targi zegarków. Wtedy firmy takie jak Gucci w wielkich halach wystawowych odtwarzają np. całe XIX-wieczne domy i uliczki. Czyste szaleństwo.
|
Art Basel 05. Budynek główny.
Basel, Messeplatz. Wszystkie budynki dookoła należą do targów. W tle widoczna główna ulica miasta. |
Sztuka jest tu obecna przez cały rok. Jak na niewielkie miasto, Basel ma mnóstwo galerii od słynnej na całym świecie Fundacji Beyelera ze zbiorami klasyki XX w., po maleńką Inuit Art Gallery ze sztuką... Eskimosów.
Ale między 15 a 20 czerwca Basel zamieniło się w centrum sztuki XX i XXI w. To rekordowy rok. Największe nazwiska, najwyższe ceny, największe ekspozycje. Ci, którzy nie zarezerwowali hotelu rok wcześniej gotowi byli zapłacić każdą cenę, ale i tak w promieniu 50 kilometrów nie było ani jednego wolnego miejsca. Tylko w pierwszy dzień na tutejszym lotnisku wylądowało 250 samolotów prywatnych. Impreza tak udana, że generalny sponsor Bank USB przedłużył kontrakt na kolejne trzy lata!
Art Basel to najbardziej elitarne targi sztuki na świecie. Galerie stają na głowie, żeby się tu dostać. Nie wystarczy mieć worek pieniędzy, trzeba jeszcze mieć renomę. Pomimo potwornych cen za stoisko – od 6 do 30 tys. euro, w kolejce stoi 800 galerii, ale 10-osobowa komisja nie wpuści niczego, co nie przedstawia najwyższej jakości artystycznej. Pod lupę idą zarówno klasa, dotychczasowa działalność galerii jak autentyczność i ceny dzieł (polecam to uwadze polskim organizatorom targów). Dlatego tu właśnie można spotkać gigantów: Marlborough, Nahmad, czy Gagosian, który w ubiegłym roku wynajął Jambo Jeta aby przywieźć swoich klientów do Basel.