z Leonem Tarasewiczem rozmawia Elżbieta Dzikowska
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Czy Pana zdaniem sztuka jest związana z miejscem, w którym artysta żyje i tworzy?
LEON TARASEWICZ: Myślę, że sztuka zawsze odzwierciedla miejsce. I czas. To jest nieodłącznie związane z tworzeniem, chociaż sam artysta nie zawsze zdaje sobie z tego sprawę. Nie jest świadomy tego związku. Na przykład Piet Mondrian namalował swoje „Boogie-woo-gie” w Nowym Jorku, a nigdy nie namalowałby tego w Holandii. Każda twórczość zależy od miejsca, czasu i życia. Kształtuje się to głównie w dzieciństwie i już z nami pozostaje. Im mniej system państwowy i kultura ingerują w życie jednostki – tym więcej ma ona osobowości własnej.
ED: A jakie znaczenie ma szkoła?
LT: Szkoła przystosowuje do życia w machinie państwowej, ale zabija samodzielność.
ED: O ile mi wiadomo, Pana dzieciństwo nie znało jednak specjalnych rygorów?
LT: Istotnie, bo rodzice byli ciągle w pracy. Mieszkaliśmy w Stacji Waliły, nie mieliśmy gospodarstwa rolnego, więc nie narzucano mi normalnych wiejskich obowiązków. Mogłem malować i czytać. Kształtować się samemu.
ED: Jak to się stało, że zaczął Pan malować?
LT: Każde dziecko maluje, ale nauczyciele niszczą jego osobowość. Przestaje więc mieć potrzebę i odwagę przekazywania swoich myśli. Każde dziecko w naturalny sposób boi się szkoły. Ale wystarczy to odblokować.
ED: Czy Pana zdaniem szkoła w ogóle nie jest potrzebna?
LT: Owszem, jest, ale taka, która mądrze kształtuje osobowość.
ED: A Pańska taka nie była? Pomijając szkołę podstawową, uczył się Pan w Liceum Technik Plastycznych w Supraślu, a potem na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, w pracowni profesora Tadeusza Dominika. Czy ten wybór był przypadkiem?
LT: Jego pracownia znajdowała się najbliżej sekretariatu; mówię to żartem. W istocie znałem go, bo przyjeżdżał na plenery do Białowieży i wiedziałem, że jest pedagogiem otwartym. Na drugim roku studiów stwierdził jednak, że mogę pracować sam i tylko kontaktować się z nim co jakiś czas na przeglądach. Sądzę, że największy wpływ na moją sztukę miały rozmowy z różnymi ludźmi, na przykład z profesorem Romanem Owidzkim, i wynikające z nich przemyślenia.
ED: Po studiach szybko miał Pan pierwszą wystawę w prestiżowej Galerii Foksal, potem w Moderna Museet i wielu innych, ważnych dla sztuki miejscach świata. Ale osiadł Pan w rodzinnej wsi. Czy sądzi Pan, że w innym miejscu tworzyłby Pan inaczej?
LT: Na pewno. Gdzie indziej moje malarstwo traktowano by może jako naiwne, choć nawet na Białostocczyźnie jego idea bywa niezrozumiała.
ED: Pana pochodzenie jest białoruskie. Czy sądzi Pan, że przynależność narodowa ma znaczenie dla sztuki?
LT: Nie można tego rozdzielić. Wystarczy mi spojrzeć na dzieło, żeby wiedzieć, kto malował. Często artyści polscy po kilku latach pobytu na emigracji przestają tworzyć, bo tracą własne miejsce.
ED: Czy zatem uważa Pan, że nie można być prawdziwym artystą w oderwaniu od swojego kraju?
LT: Jeśli pochodzi się z dużego miasta – można, bo mieszkańcy metropolii mają zbliżoną kulturowość. Zmieniają się tylko ich znajomi, ale oni tak samo się ubierają, o tym samym mówią. Trudniej przychodzi adaptacja Hiszpanom czy Irlandczykom. Adaptacja artystyczna zależy też od bagażu kulturowego, od pokolenia, od solidarności…
ED: Pan często wyjeżdża w świat, choćby na swoje wernisaże. Czy ma to znaczenie dla Pana twórczości?
LT: Dla mnie ma znaczenie każdy dzień, każda rozmowa. Dzięki temu, że jeździłem do innych krajów, mogłem być postrzegany nie przez pryzmat rewolucji w Polsce tylko przez pryzmat mojej sztuki. Mogłem ustrzec się kompleksów. Kompleksów Polski wobec świata, Białegostoku wobec Warszawy, Gródka wobec Białegostoku. Mogłem w sposób naturalny zamieszkać na wsi.
ED: Na wsi, gdzie jest Pan otoczony przede wszystkim przez przyrodę. Czy ona jest dla Pana modelem dosłownym?
LT: Nigdy nie przekazuję jej dosłownie, ale ją przetwarzam. Oczywiście wszystko, co mnie otacza, jest też syntezą otaczających mnie ludzi i ma wpływ na moje malarstwo. Ono także stanowi syntezę.
ED: Wydaje się, że nie mógłby Pan pozostawać w bezczynności.
LT: Cały czas istotnie staram się malować.
ED: A jak Pan odpoczywa?
LT: Czynnie. Na przykład – czytając. Nie beletrystykę, bo nie cierpię powieści, ale książki historyczne, socjologiczne, o przyrodzie. Zajmuję się też swoimi ptakami.
ED: Właśnie. Widziałam na Pana podwórku piękny gołębnik i różne pomieszczenia dla ptactwa.
LT: Hoduję gołębie, białogony berlińskie. Mam nawet czempiony, odznaczone na wystawach w Polsce. W specjalnie przygotowanych klatkach na podwórzu znajdują się też papugi nimfy z Australii i rozelle królewskie, także z Australii, południowo-wschodniej. Mam również bażanty – złote, diamentowe, królewskie, swinoe, z Chin i Borneo. Są tu także pawie i tragopan teminicki z Tybetu, jak również olśniaki himalajskie. I kury – jedwabiste, białoczuby, hamburskie, padewskie. Są to ptaki o podobnym przewodzie pokarmowym, które mogą jeść to samo i wytrzymują warunki naszego klimatu. Zapomniałem o kaczkach: mam mandarynki i karolinki.
ED: Skąd u Pana – artysty – tak ugruntowane zamiłowania ornitologiczne?
LT: Jestem samoukiem, ale w czasie studiów współpracowałem z ornitologami z Radomia.
ED: Wracając do Pana twórczości: wydaje mi się, że to zarazem rzeczywistość i abstrakcja.
LT: Raczej wspomniana już synteza. Nie ma na moich obrazach rzeczy, które nie miałyby odniesienia do rzeczywistości. Często osoby działające w opozycji do zastanych idei powracają do klasyki. Artyści, którzy tworzą – wydawałoby się – abstrakcyjne obrazy, wcale nie wywodzą ich z idei abstrakcji.














